Dzisiaj siedziałem na podwórku i próbowałem medytować.
Zamiast relaksu i skupienia na ciele czy oddechu, pojawiło się jednak napięcie i frustracja. Każdy dźwięk, hałas z otoczenia czy głos sąsiada tylko ten stan pogłębiał. Zamiast z tym walczyć, postanowiłem przyjrzeć się temu bliżej.
Szybko zrozumiałem, że to napięcie jest bezpośrednio połączone z lękiem, który towarzyszy mi od bardzo dawna. Znam go dobrze. Zostawiłem więc na chwilę próbę obserwacji zmysłów i zmieniłem technikę – zacząłem liczyć oddech w schemacie: 3 sekundy wdechu, 6 sekund wydechu. Dopiero wtedy przyszło rozluźnienie, a wraz z nim wgląd.
Na podstawie moich ostatnich doświadczeń, długiej drogi pracy nad sobą, terapii oraz wiedzy z zakresu psychologii i traumy, ułożył mi się w głowie jasny obraz mojej obecnej sytuacji życiowej. Zobaczyłem szerszy kontekst – relacji, choroby i przeszłości. Poczułem wyraźną zmianę stanu świadomości. Przez moment widziałem jak na dłoni, jak bardzo wszyscy jesteśmy zanurzeni w swoich myślach.
W tym momencie towarzyszył mi jednocześnie spokój i głęboki smutek. Wszystko dotyczyło granic, poczucia bezpieczeństwa, traumy wczesnodziecięcej i okresu nastoletniego. Zrozumiałem, dlaczego w moim ciele i psychice pojawiły się tak silne objawy chorobowe – a przynajmniej, co stworzyło idealne podłoże pod ich wykiełkowanie.
Rozmyte granice i iluzja „dobrego dzieciństwa”
Zauważyłem, że moje osobiste granice są częściowo rozmyte, przez co odczuwam ciągły lęk przed ludźmi. To bezpośredni skutek wychowania, w którym obecna była przemoc psychiczna i fizyczna.
Patrząc z zewnątrz, ktoś mógłby powiedzieć, że moje dzieciństwo było w porządku. Miałem wszystko, czego potrzebowałem, rodzice się starali i byli dla mnie dobrzy. Przez lata sam tak uważałem. Jednak moja wrażliwość i mój układ nerwowy zapamiętały to zupełnie inaczej. Dzisiaj, z perspektywy 33-latka, widzę tam dużo elementów przemocy.
Jako mała, bezradna istota nie miałem szans w starciu z siłą rodzica. Jedyne, co mogłem wtedy zrobić, żeby przetrwać, to poddać się, rozbić własne granice i grać pod dyktando dorosłych. Wtedy wydawało się to normalne, ale mój układ nerwowy zapisał ten stan jako normę na kolejne lata.
Dorosłość z otwartymi drzwiami
Taki bezradny młody człowiek, z wyłamaną bramą do samego siebie, staje się idealnym celem dla narcyzów i osób o skłonnościach psychopatycznych. Oni wręcz szukają takich ofiar – i trafiałem na nich zarówno jako nastolatek, jak i młody dorosły.
Wkroczyłem w dorosłość z przeświadczeniem, że ludzie mogą się na mnie wyżywać, a moim zadaniem jest tłamszenie siebie i spełnianie ich oczekiwań, byle tylko przetrwać. Schemat działał w najlepsze. Bałem się, że bez drugiej osoby sobie nie poradzę, dlatego tkwiłem w ciągłym zawieszeniu, szachu i potwornym napięciu. Moje drzwi były zawsze otwarte. W środku siedziało przerażone dziecko, które nie umiało się obronić, a jednocześnie panicznie potrzebowało kogoś obok, by przeżyć.
Mój układ nerwowy po prostu nie wytrzymał tego obciążenia. Przemęczenie tym stanem stworzyło idealny grunt pod deregulację, która ostatecznie zakiełkowała psychozą w wieku 23 lat. Z dzisiejszej perspektywy widzę, że ta choroba nie była błędem systemu ani przypadkową awarią. To był desperacki krzyk mojego przeciążonego organizmu, który musiał odciąć bezpieczniki, żeby uratować mnie przed permanentnym, niemożliwym do zniesienia napięciem.
Droga do normalności
Życie z rozbitymi granicami i ciągłym lękiem to udręka. To permanentny stres, który niszczy relacje i blokuje rozwój, chociażby zawodowy.
Czuję jednak, że ten wgląd jest przełomowy. Dzisiaj już wiem, z czym mierzę się na poziomie neurologicznym i emocjonalnym. Wiem, jak nad tym pracować, żeby odbudować osobiste granice i wyregulować układ nerwowy. Chcę w końcu poczuć stabilne, solidne poczucie bezpieczeństwa, które wypływa ze mnie, a nie z zewnątrz.
Odbudowa tej wyważonej bramy to rzemieślnicza praca dzień po dniu, a ten nagły wgląd to kolejny etap mojej drogi. Daję sobie na to czas i przestrzeń. Mój układ nerwowy musi powoli, w swoim własnym tempie, nauczyć się nowej rzeczywistości: tego, że dzisiaj, jako 33-latek, jestem już bezpieczny i potrafię obronić się sam.
Obecnie łączę pracę z terapeutą z codzienną samoobserwacją, technikami relaksacyjnymi i metodą EFT. Każdy taki moment jasności, jak ten dzisiejszy na podwórku, daje mi realną nadzieję na lepsze życie i głębszy, autentyczny spokój.







