Zafiksowanie na cierpieniu było przez lata moim codziennym towarzyszem. Przez około 8 lat chodziłem na terapię. W tym czasie spotkałem trzech terapeutów. Były okresy intensywniejsze i spokojniejsze, zakończenia i powroty. Chodziłem też na spotkania ze specjalistami terapii niekonwencjonalnych. Takie spotkania również poszerzały mi horyzonty.
Niedawno skończyłem terapię w nurcie psychodynamicznym. Nie wiem, czy to sukces. Chcę jednak opisać, czego się nauczyłem i co się we mnie zmieniło.
Terapia była ważna i potrzebna
Terapia była dla mnie ważna i potrzebna. Uważam, że powinna przysługiwać każdej osobie z problemem psychicznym. Niestety w Polsce są kolejki i trudny dostęp. W praktyce trzeba często płacić z własnej kieszeni. Osoba w kryzysie, bezrobotna i bez wsparcia rodziny, ma więc spory problem z uzyskaniem pomocy. To jednak temat na osobny wpis.
Bardzo lubiłem swoje spotkania. Może miałem szczęście do terapeutów, a może chodziło o moje nastawienie. Ciekawiło mnie, co wyjdzie podczas rozmowy. Zastanawiałem się, co z tego wyciągnę i jak wpłynie to na moje życie. Zawsze uważałem terapię za dobrą inwestycję w siebie.
Czasem po wyjściu z gabinetu odliczałem dni do następnej wizyty. Lubiłem te szczere rozmowy. Często były trudne, ale konkretne i o tym, co naprawdę ważne.
Zafiksowanie na cierpieniu, czyli dlaczego się go trzymamy
Najważniejszy wgląd z lat terapii dotyczy przywiązania do cierpienia. Były okresy, kiedy byłem na nim wręcz zafiksowany. Utożsamiałem się z nim. Budziłem się i zasypiałem z myślą o bólu. Był to mój „ulubiony” towarzysz, który nigdy mnie nie opuszczał.
Moje podejście do życia brzmiało: „dlaczego ja?”. Miałem poczucie, że nie mogę ruszyć do przodu. Pewnego razu terapeuta zapytał mnie grzecznie, czy mógłbym przekierować uwagę na potrzeby innych. Wybuchnąłem oburzeniem. Potrzebowałem własnego sposobu i własnej drogi, żeby się z tego wydostać.
Dlaczego więc trzymamy się cierpienia? Myślę, że inaczej nie potrafimy. Wydaje nam się tak ważne i dotkliwe, że staje się naszym numerem jeden.
Przypowieść o dwóch strzałach
Przypomina mi się tu buddyjska przypowieść o dwóch strzałach. Gdy trafi nas strzała, czujemy ból. To pierwsza strzała, czyli podstawowe cierpienie. Nie da się go przeskoczyć.
Jest jednak druga strzała. Tworzą ją nasze myśli wokół bólu: przywiązanie, rola ofiary i ruminacje. To przez nią tak naprawdę cierpimy. W oryginale pierwsza strzała oznacza ból fizyczny. Ja widziałbym ją raczej jako ból, który jest częścią życia.
Jak rozpoznawałem drugą strzałę
Druga strzała to było zatonięcie w negatywnych myślach. Pytałem: „dlaczego ja?”. Dodawałem: „przecież i tak nic się z tym nie da zrobić”. Takie myśli podsycały poczucie depresji. Chodziłem w kółko po tych samych ścieżkach. O tym, jak z tej roli powoli wychodziłem, piszę w osobnym wpisie: Moja droga wychodzenia z pozycji ofiary.
Akceptacja to nie rezygnacja
Oczywiście nadal cierpię. Życie jest trudne i czasem boli. Gdy jednak to zaakceptowałem, zrobiło się prostsze. Nie ma już drugiej strzały. Nie ma całej historii wokół bólu, pytania „dlaczego ja?” ani ciągłego grzebania w ranie.
Wiele spraw, które „rozwiązałem” w terapii, sprowadzało się do Akceptacji przez duże A. Akceptacja nie oznacza jednak rezygnacji. Dla mnie było to przyjęcie faktu jako czegoś oczywistego. Potem następowała integracja. Zacząłem widzieć trudne doświadczenie po prostu jako część mojego życia.
Było to bolesne wracanie do rzeczywistości. Oznaczało odpuszczenie rzeczy, które nie miały już sensu. Pozwoliłem sobie też być tym, kim jestem.
Gdy akceptujemy ból związany z egzystencją, pojawia się przestrzeń na coś dobrego. Może to być spokój, satysfakcja albo szczęście.
Droga, która nie była prosta
Ta droga była cholernie ciężka. Wydawało się, że nie ma z niej wyjścia. Deptałem w kółko. Przyzwyczaiłem się do swojego „ulubionego” towarzysza i myślałem, że zostaniemy razem już na zawsze.
Co mi pomagało w terapii
Przede wszystkim pomagał mi kontakt z drugim człowiekiem. Pomagało też odwracanie uwagi od samego cierpienia. Terapeuci kierowali ją na to, co ważne. Dawało mi to siłę, inspirację i nadzieję na lepsze jutro.
Koniec terapii
Nie zauważyłem momentu, w którym coś się zmieniło. To były małe kroki. W pewnej chwili zobaczyłem, że znane mi cierpienie wciąż jest. Widziałem je jednak z dystansu. Nie było już tak ciężkie. Stało się małe i znośne. Terapeuta uznał to za sygnał, że możemy zakończyć terapię. Zgodziłem się z nim.
W teorii wydawało się to łatwe. W praktyce bardzo mi jej brakowało. Dziś wiem, że to także część drogi.
Co powiedziałbym sobie sprzed lat
Gdybym mógł coś powiedzieć sobie sprzed lat, byłoby to: „keep going”. Jeszcze trochę, a wyjdziesz z tego cholernego labiryntu. Albo: „don’t worry”. Okazuje się, że ten cały labirynt jest wymyślony.
Jeśli cierpisz i masz w sobie głęboką intencję, żeby z tego wyjść, z mojego doświadczenia wcześniej czy później Ci się uda. Pamiętaj tylko, że nie jesteś w tym sam. To wszystko to tak zwana metoda małych kroczków. Piszę o niej szerzej w osobnym wpisie o Slight Edge, efekcie kuli śnieżnej i nawykach.
A Ty? Czy zdarzyło Ci się trzymać cierpienia dłużej, niż było to potrzebne? Co pomogło Ci to zobaczyć? Napisz w komentarzu.
To moje doświadczenie, nie recepta dla każdego. Jeśli zmagasz się z cierpieniem, nie musisz robić tego w pojedynkę.



