Dlaczego raz piszę o schizofrenii, a raz o ChAD
Na początku chciałbym wyjaśnić, dlaczego w moich wpisach raz pojawia się określenie schizofrenia, a innym razem ChAD (choroba afektywna dwubiegunowa).
Początkowo, na podstawie obserwacji lekarzy, zdiagnozowano u mnie schizofrenię paranoidalną. Dopiero po latach, po dokładniejszej analizie przebiegu moich epizodów, specjaliści doszli do wniosku, że to jednak ChAD z objawami psychotycznymi.
Obecnie mój stan określa się jako choroba afektywna dwubiegunowa w remisji, ponieważ nie występują już objawy pozytywne, takie jak urojenia czy omamy. Nadal zmagam się jednak z objawami negatywnymi: lękami, epizodami depresji, fobiami i ograniczeniem funkcji poznawczych.
Odniesienie do wcześniejszej drogi
Więcej o moich doświadczeniach opisuję w poście Moja droga przez kryzys psychiczny.
Ten tekst jest jego kontynuacją – kolejnym etapem zrozumienia siebie, choroby i procesu zdrowienia.
Roczne „rozkręcanie się” – objaw manii
Byłem wtedy rok bez żadnych leków. Czułem się silny, przekonany, że wygrałem z chorobą. Niestety – to był tylko pozór.
Stopniowo zacząłem się „rozkręcać”: coraz więcej obowiązków, ambicji, projektów, pomysłów. Typowa mania – mózg pracujący na pełnych obrotach, ale coraz mniej uporządkowany.
Pojawiały się zdezorganizowane myśli, nadaktywność, brak snu (spałem po 5–6 godzin), a także poczucie misji i wyjątkowości. Wstawiałem chaotyczne treści do sieci, analizowałem filozofię i duchowość, mając wrażenie, że jestem na progu jakiegoś odkrycia.
Połączenie duchowości i psychozy
W tym czasie byłem mocno pochłonięty duchowością i rozwojem osobistym. Praktyki medytacyjne, rytuały, filozofia Wschodu, fizyka kwantowa, wibracje, świadomość – wszystko to tworzyło mieszankę, która dodała mojej manii metafizycznego wymiaru.
Z perspektywy czasu widzę, jak bardzo moda na duchowość potrafi wzmocnić u osoby chorej wiarę w swoje urojenia. Dla mnie był to grunt, na którym mogła wykiełkować trzecia – i, mam nadzieję, ostatnia psychoza.
Punkt kulminacyjny – „Zbawiciel Ziemi”
Poranek pełen energii
Pewnego ranka wstałem bardzo wcześnie – około 5:00. Miałem w sobie niesamowitą energię i poczucie, że czeka mnie wyjątkowy dzień. Do pracy szedłem dopiero po południu, więc mogłem w pełni poświęcić się swoim „sprawom duchowym”.
Poprzedniego wieczoru odprawiałem rodzaj rytuału, w którym wierzyłem, że modlitwą mogę ocalić życie na Ziemi. W tamtym stanie było to dla mnie absolutnie realne.
Znaki, które potwierdzały moją misję
Zrobiłem poranną rutynę: praktyki duchowe, zdrowe śniadanie, spacer po lesie – wszystko jak zawsze, tylko z tą różnicą, że miałem wrażenie, że świat mi przyklaskuje.
Każdy dźwięk, każdy znak, każde słowo zdawało się mieć głębsze znaczenie.
Kiedy włączyłem YouTube, miałem wrażenie, że prowadzący audycję mówią bezpośrednio o mnie. Ich zdania wydawały się odpowiadać na moje myśli.
Potem przełączyłem się na kanał informacyjny – i tam również czułem, że coś jest nie tak: „dziwne zakłócenia w eterze”, „przerwa techniczna”, „anomalia w paśmie częstotliwości” – wszystko układało się w sensowną całość tylko dla mnie.
Granica między światem a umysłem
W pewnym momencie zatraciła się granica między światem zewnętrznym a moim umysłem.
Miałem wrażenie, że słyszę własne myśli w radiu, że inni ludzie mogą odbierać mój wewnętrzny głos, a ja z kolei potrafię wyczuwać ich emocje, nastroje i zamiary.
Byłem przekonany, że mój umysł działa jak nadajnik i odbiornik, który łączy się z całą planetą – z ludzkością, zwierzętami, a nawet z samą Ziemią.
Ekstaza i misja
Nie czułem wtedy lęku. Wręcz przeciwnie – czułem uniesienie, ekscytację, ekstazę. To było doświadczenie, które wydawało się święte, mistyczne, pełne znaczenia.
Wierzyłem, że jestem kimś wybranym, że moim zadaniem jest „uratować świat”, że wszystko, co robiłem do tej pory, prowadziło mnie do tego momentu.
Zacząłem więc „działać” – pisałem w sieci, wysyłałem wiadomości, modliłem się, tworzyłem notatki z przekonaniem, że to, co robię, ma wpływ na przyszłość ludzkości.
Trans i zatracenie siebie
To było coś w rodzaju transu – totalnego połączenia z ideą, w której zatraciłem siebie.
Miałem poczucie, że każda myśl jest istotna, że każdy gest coś zmienia, że jestem częścią ogromnej boskiej układanki.
Z dzisiejszej perspektywy widzę, że to wszystko było klasycznym objawem manii psychotycznej – połączeniem nadaktywności, braku snu, euforii i urojeń wielkościowych.
Wtedy jednak byłem całkowicie przekonany, że świat naprawdę się zmienia, że coś się dzieje „na poziomie energetycznym” i że ja mam w tym swój udział.
Czas się rozciąga
Podczas psychozy czas przestał istnieć w sposób linearny. Wydawało mi się, że potrafię przeskakiwać lata do przodu, a inni poruszają się w innej czasoprzestrzeni. To była pełna dezorganizacja percepcji – jakby mózg przestał odróżniać sen od jawy.
Strach jako wybawca
W końcu pojawił się strach – ogromny, paraliżujący, ale ratujący. To on przerwał to szaleństwo. Gdy zobaczyli to moi bliscy, zabrali mnie do szpitala.
W szpitalu nadal doświadczałem mieszaniny ekstazy i przerażenia, typowej dla końcowej fazy psychozy. Lekarz zainterweniował i powoli wracałem do rzeczywistości.
Powrót do rzeczywistości
Po epizodzie przyszła depresja i spadek formy. Mój mózg długo dochodził do siebie. Psychozy działają neurodegeneracyjnie – zostawiają ślad w układzie nerwowym i w psychice.
Musiałem zderzyć się z faktem, że moje „boskie” fantazje wynikały z niskiego poczucia własnej wartości, które w manii eksplodowało w formie urojeń wielkościowych.
Zrozumienie i świadomość
Dziś widzę, że nie byłem „winny” tych zachowań – to objaw choroby, a nie cecha charakteru.
Świadomość tego, co się wydarzyło, daje mi ogromną siłę. Wiem, jak rozpoznać czerwone światła – brak snu, nadaktywność, poczucie misji, przyspieszone myśli.
Dzięki temu mogę zabezpieczyć się przed kolejnymi epizodami i reagować, zanim mania znów przejmie kontrolę.
Zakończenie
Zdrowie psychiczne to filar życia – bez niego wszystkie inne marzenia tracą sens.
Człowiek zdrowy ma tysiące pragnień, a chory tylko jedno – by wrócić do równowagi.
Ja nadal podążam tą drogą, z nadzieją, że to była moja ostatnia psychoza.







