Wprowadzenie
Wielu z nas miało w życiu różne mniej lub bardziej intensywne doświadczenia – pierwszą randkę, skok na bungee, pierwsze smakowanie lodów truskawkowych czy zwykłe drapanie się po głowie.
Ja chciałbym opisać doświadczenie, w którym coś we mnie – oczywiście w przenośni – pękło, a ja sam rozpadłem się na tysiące kawałków.
Pierwsza psychoza (2015)
Pierwsza psychoza w 2015 roku przyszła gwałtownie, niemal nieoczekiwanie.
Oczywiście, były wcześniej pewne sygnały – narastające myśli urojeniowe, nadpobudliwość czy emocje nieadekwatne do sytuacji. Nie dostrzegałem ich jednak – wydawały mi się normalne. Z ciekawością podążałem za nimi, karmiąc wyobraźnię i filozoficzne rozważania.
Dzwoniłem do znajomych z „odkryciami”, nie pozwalając im dojść do słowa. Równocześnie słuchałem nieustannie Pink Floyd, czytałem książki o duchowości i rozwoju. To wszystko tylko przyspieszyło to, co miało nadejść.
Kropką nad „i” okazała się marihuana – przyświecona piątkową imprezą, była iskrą, która zapaliła lont.
Pierwszy atak
Zwyczajny dzień w pracy. Urojenia narastały już od miesiąca.
Czułem się inny – bardziej obecny, pełen energii i spontaniczności. Myśli płynęły strumieniem, jakbym odkrywał życie na nowo. Miałem wrażenie, że jestem głównym bohaterem jakiegoś wielkiego planu.
Aż nagle – strach. Ogromny, przygniatający. Wrażenie, że za chwilę umrę.
Był to atak paniki, choć wtedy myślałem, że mam zawał. Położyłem się na podłodze, półnagi, czekając na reanimację. Wygadywałem głupoty, byłem kompletnie rozbity. Ktoś wezwał karetkę.
W środku kotłowały się myśli i emocje, których nigdy wcześniej nie znałem.
W pewnym momencie odpuściłem strach i pomyślałem: „Dobrze, niech się dzieje. Umieram.”
To był moment rozpadu ego. Wszystko, co budowało moją osobowość, mechanizmy obronne i tożsamość – runęło. Zostało tylko czyste doświadczanie.
Między błogością a dezorganizacją
Doświadczyłem czegoś skrajnego – jednocześnie lęku, dezorganizacji, odklejenia od rzeczywistości, ale też błogości, szczęścia i poczucia jedności ze wszystkim.
Czułem, jakbym dotknął świata duchowego. Wszystko było jasne i sensowne. Miałem poczucie, że wszystko dzieje się samo, a ja jestem częścią większej całości.
Pełen euforii wskoczyłem półnagi do karetki, opowiadając ratownikom, jakie to cudowne być żywym. Byłem wtedy całkowicie szczery, spontaniczny, zupełnie nieadekwatny do otoczenia.
Te duchowe doświadczenia miały potem ogromny wpływ na moją drogę i zainteresowania, o których więcej piszę tutaj:
👉 Moja droga przez kryzys psychiczny.
Pobyt w szpitalu psychiatrycznym
Spędziłem tam około dwóch tygodni.
Wciąż we mnie mieszały się błogość i strach, pojawiały się synchroniczności, ale też omamy i paranoje. Miałem wrażenie, że jestem śledzony, że odkryłem coś, czego nie powinienem, jak w filmie Matrix.
Wtedy, mimo że wcześniej nie byłem religijny, zacząłem się modlić – chciałem „zamodlić” strach, zorganizować wspólny krąg modlitwy z innymi pacjentami.
Diagnoza: Schizofrenia paranoidalna.
Leczenie: Rispolept (Risperidon).
Z dnia na dzień myśli się porządkowały, euforia znikała, a po niej przyszła depresja – ciężka, przyziemna, realna.
Podsumowanie – Kintsugi ego
Tamten dzień wywrócił moje życie do góry nogami.
Już nigdy nie będę tym samym Adamem co wcześniej.
To doświadczenie przypomina mi japońską sztukę Kintsugi – naprawiania potłuczonych naczyń laką z proszkiem złota.
Moje ego było takim rozbitym dzbankiem. Od tamtej pory powoli sklejam go z rozproszonych kawałków – cierpliwie, mozolnie, ale z coraz większym szacunkiem do samego siebie.
Minęło dziesięć lat. Nadal sklejam ten cholerny dzbanek – ale to właśnie ta praca daje mi sens, spokój i poczucie, że moje życie naprawdę warte jest przeżycia.







