Wprowadzenie
Gdy piszę ten post, przychodzą mi łzy wzruszenia. To była długa podróż — część z niej pamiętam jak przez mgłę, inne momenty są jednak zaskakująco wyraźne. Dziś wiem już, że to, co wtedy przeżywałem, a co przeżywam nadal, to integracja osobowości — powolne łączenie rozproszonych kawałków w jedną, spójniejszą całość.
Jakiś czas temu mój brat przypomniał mi o wyjeździe w góry sprzed kilku lat. Naprawdę nie mogłem sobie przypomnieć — z kim byliśmy, co robiliśmy, jaki szczyt zdobyliśmy. Bywały w moim życiu takie okresy, kiedy funkcjonowałem jak warzywko. Depresje, skoki manii, całkowite odcięcie od siebie i świata.
Odcięcie
Rozpad ego i załamanie linii życia, o którym pisałem w poprzednim wpisie 👉 Pierwsza psychoza – rozpad ego, doprowadził u mnie do konkretnego odcięcia się od większości ludzi. Z jakiegoś powodu uznałem, że ich nie potrzebuję. Niedługo potem pojawiła się głęboka fobia społeczna, która częściowo utrzymuje się do dziś — oczywiście z małymi wyjątkami, bo przecież podczas manii i świetnego samopoczucia nagle okazuje się, że każdy jest najlepszym przyjacielem ;).
To wydarzenie mnie zmieniło. Rozpadłem się.
Druga terapia
Minęło już ponad 11 lat. Jestem teraz na etapie, w którym po raz drugi kończę terapię.
Tyle lat rozmów z terapeutami za mną — pierwszą terapię skończyłem, ale czułem się wtedy tak dobrze, że uznałem, że nie potrzebuję już leków. Nadszedł kolejny kryzys, a wraz z nim nowa terapia, której koniec właśnie nadchodzi. To chyba jedna z najbardziej podstępnych pułapek w chorobach afektywnych — poprawa bywa myląca. Czujesz się silny, więc odpuszczasz to, co Cię wzmacniało, i koło się zamyka.
Muzyka jako maszyna czasu
Ostatnio zauważyłem coś ciekawego — jakby wracanie do siebie. Trudno to opisać, ale moje relacje, czy to w pracy, czy gdzie indziej, zaczynają robić się normalne i satysfakcjonujące. Powoli wracam do tej towarzyskiej osobowości, którą kiedyś byłem i za którą tak bardzo tęskniłem. Zaczynają do mnie wracać wspomnienia tego, jaki byłem przed pierwszą psychozą, oraz tego, jak zmagałem się z chorobą.
Przed chorobą byłem towarzyskim, szczęśliwym młodym człowiekiem. Nie było oczywiście idealnie — miałem problemy i rozterki jak każdy w tym wieku — ale to było normalne życie.
Ostatnio powoli łączę się z tym Adamem, którym byłem przed chorobą — i stąd te łzy. Składanie siebie do kupy jakby postępuje. Czuję, że zagubione części mojej osobowości w końcu się budzą i gdzieś tam odnajdują. Podobnie jest z okresem chorobowym — z depresjami, momentami poszukiwań i odcięcia. Te wspomnienia też wracają, chociaż inaczej.
Co mi w tym pomaga? Niespodziewany gość programu i terapeutyczny przyjaciel — muzyka.
Przez cały ten czas w większym lub mniejszym stopniu czegoś słuchałem. Rock progresywny, jak Muse. Chillstep, muzyka dance, bardziej gitarowe brzmienia i wiele innych — ogólnie muzyczny mix, zależny od etapu, który akurat przechodziłem. Obecnie wracam do Pink Floyd, np. do Wish You Were Here — kawałka, którego namiętnie słuchałem w czasie pierwszego rozpadu ego.
Muzyka ma w sobie ciekawą moc. Kiedy słuchamy jakiegoś utworu, nasze wspomnienia zapisują się jakby w samej piosence. Odsłuchując go po latach, te wspomnienia w magiczny sposób wracają.
Jazda samochodem z Bitter Sweet Symphony The Verve. Spacer po lesie z Galantis w słuchawkach. Wieczorne surfowanie po internecie przy FKJ. Domówka z The Prodigy w tle. Słuchając ponownie tych utworów, wracam wspomnieniami do tego, kim kiedyś byłem.
Takie wędrówki przez pamięć pozwalają mi przypomnieć sobie całą drogę — chorobę, to, kim byłem, co robiłem i kim się stałem.
Integracja osobowości – składanie się na nowo
Najbardziej wzruszające jest teraz nawiązywanie utraconego kontaktu z częściami siebie, które gdzieś po drodze zgubiłem i za którymi tak bardzo tęskniłem. To jak ponowne spotkanie po latach z dobrym przyjacielem.
Proces cały czas trwa. Widzę jego rezultaty w relacjach i w tym, jak realizuję siebie w świecie zewnętrznym. Integracja osobowości to piękny, choć wymagający proces.
Zamiast zakończenia
Pisałem kiedyś, że moje ego było rozbitym dzbankiem, który mozolnie sklejam kawałek po kawałku — w duchu kintsugi, japońskiej sztuki naprawiania ceramiki złotem. Dziś, ponad jedenaście lat później, czuję, że część tych złotych pęknięć naprawdę się zabliźniła. Dzbanek dalej ma rysy — pewnie zawsze będzie je miał — ale trzyma wodę, a miejscami błyszczy mocniej niż przed pęknięciem.
Ta cała podróż — od rozpadu do dziś — to nic innego jak integracja osobowości: powolne, cierpliwe scalanie się w jedną, pełniejszą wersję siebie.
Dziękuję, że znalazłeś chwilę, żeby to przeczytać. Może to na kogoś wpłynie albo da nadzieję, że kryzysy psychiczne — mimo że długie i podstępne — są do przejścia. Warto się starać. Po jakimś czasie naprawdę przychodzi czas na zbieranie plonów swojej wewnętrznej pracy.



