Chciałbym się dzisiaj podzielić doświadczeniem chronicznej derealizacji, która towarzyszy mi już od ponad 15 lat. To historia o życiu „za szybą”, poszukiwaniu przyczyn i w końcu – o konkretnym planie powrotu do rzeczywistości.
Wszystko zaczęło się niewinnie. Byłem jeszcze licealistą, kiedy pewnego dnia dostałem wysokiej gorączki. To był moment zwrotny. Gorączka minęła, ale moja percepcja rzeczywistości zmieniła się z dnia na dzień – i tak już zostało.
Wszystko wokół wyglądało tak samo, ale moje doświadczanie świata stało się inne. Wtedy nazywałem to „zawrotami głowy”, ale dziś wiem, że najlepiej oddaje to metafora szyby. Niby tu jestem, rozmawiam, chodzę, żyję, ale świat zewnętrzny wydaje się rozmyty, oddalony. Jakbym nie do końca w nim uczestniczył.
Medyczne tournée i brak odpowiedzi
W tamtym czasie, szukając ratunku, zrobiłem tak zwane „tournée” po gabinetach lekarskich. Odwiedziłem praktycznie wszystkich możliwych specjalistów: laryngologa, neurologa, kardiologa. Szukałem pomocy u kręgarza, fizjoterapeuty, irydologa, a nawet zielarza. Spędziłem tydzień w szpitalu na szczegółowych badaniach diagnostycznych.
Efekt? Zero konkretów. Same przypuszczenia, domysły i brak realnej ścieżki leczenia. Od lekarzy usłyszałem w końcu wyrok, który brzmiał jak kapitulacja: „Pan po prostu musi się z tym pogodzić, tak już zostanie”.
Ten stan trwa nieustannie do dziś. Ale przez te wszystkie lata nie dawało mi to spokoju. Pragnienie powrotu do „normalności” i odzyskania ostrości czucia życia było silniejsze niż diagnoza bezradności.
Przełom i zrozumienie mechanizmu
W 2015 roku pojawiła się pierwsza, niespodziewana psychoza, którą szerzej opisuję [link do wpisu]. Choć było to trudne doświadczenie, pozwoliło mi w końcu połączyć kropki. Zrozumiałem, że ten dziwny stan „odrealnienia” jest ściśle powiązany z moją psychiką i układem nerwowym. Wtedy jednak nawet lekarz psychiatra nie potrafił mi pomóc z chronicznym poczuciem derealizacji.
Dopiero lata zdobywania wiedzy, samoobserwacji i poznawania własnego wnętrza doprowadziły mnie do spójnej diagnozy: to chroniczne odrealnienie jest skutkiem chronicznego przeciążenia układu nerwowego.
Jestem osobą wysoko wrażliwą (WWO). Środowisko, w którym dorastałem, wpłynęło na mnie tak intensywnie, że mój organizm – chcąc uchronić się przed nadmiarem bodźców i stresu – zaciągnął hamulec ręczny. Przeszedł w tryb obrony.
Czym jest chroniczne zamrożenie?
To, co potocznie nazywamy „odcięciem” czy „mgłą”, w psychologii i neurobiologii (w świetle teorii poliwagalnej Stephana Porgesa) określa się mianem reakcji zamrożenia (freeze response). Gdy układ nerwowy uznaje, że zagrożenie lub stres są zbyt duże, by z nimi walczyć lub uciekać, aktywuje grzbietową część nerwu błędnego.
To pierwotny mechanizm przetrwania. Ciało wchodzi w stan hibernacji, dysocjacji i odrętwienia emocjonalnego. Derealizacja i depersonalizacja nie są więc chorobą samą w sobie, ale mechanizmem obronnym mózgu. To tarcza, która miała nas chronić przed bólem, ale z czasem stała się więzieniem, odcinającym nas od radości i pełnego przeżywania rzeczywistości.
Mój plan na „wybudzenie”
W przeszłości wiele razy próbowałem walczyć z tym stanem, często po omacku. Czasem nawet pogarszałem sprawę, stosując metody zbyt intensywne dla mojego wrażliwego systemu. Dzisiaj, bogatszy o wiedzę, stworzyłem świadomą rutynę, której celem jest bezpieczne rozmrożenie układu nerwowego.
Mój obecny fundament to:
- Oddechy w sekwencji 4-7-8 (wyciszające, a nie pobudzające).
- Ćwiczenia stymulujące nerw błędny (przywracające stan bezpieczeństwa socjalnego).
- Dieta ketogeniczna (wspierająca pracę mózgu i redukująca stany zapalne).
Co zmieniam teraz? Nowe elementy układanki
Aby pójść krok dalej, wprowadzam kilka kluczowych zmian:
- Praca z powięzią – Postanowiłem wdrożyć ćwiczenia skupiające się na tkance powięziowej, która „pamięta” stres i traumy. O tym fascynującym temacie napiszę osobny post w niedalekiej przyszłości.
- Ograniczenie kofeiny – Kawa, choć pyszna, jest stymulantem, który utrzymuje ciało w stanie gotowości (walki/ucieczki). O jej wpływie na układ nerwowy pisałem więcej [link].
- Mniej znaczy więcej – Zrozumiałem, że intensywne ćwiczenia wysiłkowe i hiperwentylacja (metoda Wima Hofa) niepotrzebnie pobudzały mój i tak przeciążony układ nerwowy. Zamiast „dokładać do pieca”, stawiam na regenerację.
- Uważne spacery – Podczas codziennego spaceru wyłączam muzykę i podcasty. Zdejmuję słuchawki. Skupiam się na otoczeniu – to proste ćwiczenia orientacyjne, które dają sygnał mózgowi: „jesteś tu i teraz, jest bezpiecznie”.
- Relacje i zaufanie – To chyba najtrudniejszy, ale najważniejszy punkt. Postanowiłem odpuścić lęk przed ludźmi i pozwolić sobie na większą otwartość. Układ nerwowy reguluje się najlepiej w kontakcie z drugim, bezpiecznym człowiekiem (koregulacja).
Czego się spodziewam?
Nie liczę na cud w tydzień. Wychodzenie z 15-letniego zamrożenia to proces, przypominający powolne topnienie lodu. Na pierwsze trwałe efekty daję sobie kilka miesięcy. Jeśli to nie wystarczy – będę szukał dalej. Nie poddaję się, bo stawka – czyli pełnia życia – jest tego warta.
Trzymajcie za mnie kciuki! Do zobaczenia w kolejnym wpisie, w którym opowiem o powięzi i o tym, jak nasze ciało magazynuje w niej stres.







